Powolność

Powolność to dla mnie magiczne słowo.

Słowo w którym można znaleźć ogrom różnych inspiracji.

Spokojne, uważne życie

Znajduję w nim pochwałę spokojniejszego i uważniejszego życia. A kiedy mam czas, kiedy mogę się zastanowić, poczuć – jest mi komfortowo. Oczywiście można i z tym przesadzić, ale nie da się ukryć, że dużo bardziej przeraża mnie „drugi koniec” tego zagadnienia – pośpiech. Nie radzę sobie z nim. Mój największy powracający koszmar, to pośpiech w różnych konfiguracjach: mam gdzieś jechać i nagle nie mogę znaleźć rzeczy, którą muszę zabrać ze sobą, ktoś mnie zagaduje/przeszkadza. Lubię planować, nakładać sobie ramy czasowe, ale tylko, jak są… elastyczne.

Znam siebie, wiem, że potrzebuję przerw pomiędzy intensywniejszymi okresami. Gdy te przerwy niebezpiecznie się skracają, albo zanikają – wypalam się, czuję się przytłoczona, słaba. Jakbym nie miała żadnej mocy sprawczej, jakbym była tym nieszczęśliwym chomikiem biegającym w kołowrotku i to trwa…, aż prędkość stanie się tak duża, że mnie „wypluwa” – wtedy odpuszczenie jest już niezbędne. Kilka razy doprowadziłam się do takiego stanu, bo… jak człowiek tak bardzo przyspiesza to wpada w zgubne poczucie dumy, że „oto ja sobie z tym wszystkim świetnie radzę!” Co gorsze wywołuje błędne przekonanie, że jestem coś warta tylko gdy odhaczam kolejne zadania, działam.

Podobno „świat bez deadline’ów” nie istnieje, ale mój plan na najbliższy czas jest taki, aby układać sobie te deadline’y po mojemu, z zachowaniem przerw, w powolnym tempie. Dać sobie czas, przestrzeń i pozwolenie (!) na odpoczynek. Kultywować powolność.

„Bogowie nie lubią ludzi, którzy nie pracują. Ludzie, którzy nie są przez cały czas zajęci, mogliby zacząć myśleć.” (Terry Pratchett, „Pomniejsze bóstwa”)

Nic nie muszę

Znajduję w nim wolność, czyli uczucie, że mogę, nie muszę. „Muszę” – kolejne słówko (po „szybciej”), które podnosi mi ciśnienie (w moim wypadku to może nawet zdrowe, bo mam bardzo niskie…). Może dlatego „nie brzmi mi” odmieniona forma mojego nazwiska: „dziękujemy Marcie Musze” – wtedy się uśmiecham i myślę sobie, że ja nic nie muszę. 😉 Wolność jest dla mnie terminem trudnym do wytłumaczenia, jest jednak mocno związany z emocjami, które chcę aby w moim życiu były obecne.

powolny spacer po Libanie

W drodze ku wolności

Znajduję w nim dążenie do wolności, bo czuję, że to stan do którego się dąży, a którego nie trzeba (nic nie trzeba) osiągnąć. Ja jestem na tej drodze. Chociaż głoszę chwałę powolności, zmierzam ku wolności i wiem, że jak są obecne w moim życiu, to jest mi po prostu dobrze, ALE… nie zawsze udaje mi się uniknąć pędu życia, nie zawsze udaje mi się zauważać, że oto jestem już na skraju i „halo, Marta – odpocznij! Możesz, masz do tego prawo”.

To proces, to… życie.

Zapraszam do wspólnej podróży ku uważnemu życiu w niespiesznym tempie. Zapisz się do newslettera, gdzie powolność króluje. 🙂

Dodaj komentarz