Medytacja – kurs online

Muchy przemyślenia po kursie medytacji online w Pracowni Jogi Agnieszki i Macieja Wielobobów.

Medytacja to temat, który intryguje mnie od dawna. Praktykuję od kilku lat z większą bądź mniejszą regularnością.

Swoją praktykę w przygniatającej większości opierałam na kursach/wyzwaniach. W związku z tym moją uwagę przykuła wiadomość od Macieja Wieloboba (warto zapisywać się na newslettery ;)), w której zapraszał na kurs medytacji on-line. Decyzja aby się zapisać nie zapadła od razu. To była moja pierwsza (na pewno nie ostatnia) większa inwestycja w to zagadnienie. Do tej pory korzystałam ze źródeł bezpłatnych. Płaciłam „tylko” za książki i udział w medytacjach w studiu YAM, ale… „coś wierciło mi dziurę w brzuchu”. Czułam, że to może być przełom, że ten kurs przygotuje mnie do medytacji samodzielnej (dotychczas polegałam głównie na prowadzonych).

Spoiler: to była dobra decyzja.

Kurs obejmował 4 lekcje/wspólne praktyki i dwa live’y. Na każdej lekcji zajmowaliśmy się inną formą medytacji.

Pierwszy tydzień to uważny relaks i rytuał oczyszczania umysłu.

Od początku towarzyszyły mi obawy – czy mam AŻ TYLE CZASU na medytację. Lekcje trwały minimum godzinę. To dużo. A ja postanowiłam, że co rano będę odtwarzać nagranie z danego tygodnia. Zmodyfikowałam to do codziennego powtarzania jednej z medytacji danego tygodnia (czyli od  20 min do 60 min). Ale…, czy to faktycznie DUŻO? Udało mi się utrzymać systematyczność, zaczęłam zauważać, że poranna praktyka pomaga mi radzić sobie z emocjami w ciągu dnia. Rzadziej podążałam za myślami, które były w danym momencie zbędne i/lub nakręcające. Czyli może jednak… to odpowiedni przedział czasowy? Nic się nie zawaliło, rzeczy nadal „się działy”, chociaż pozwoliłam sobie na nicnierobienie. Na naukę tego, żeby się nie nakręcać, a być bardziej obserwatorem.

Rytuał oczyszczania umysłu, czyli retrospekcja wrażeń mijającej doby przy jednoczesnym podążaniu uwagą po swoim ciele od stóp po czubek głowy. Praktyka, która nauczyła mnie by być bardziej uważną w ciągu dnia. Tak wiele nam umyka. Czasami podczas wieczornej medytacji okazywało się, że przeszłam część dnia na autopilocie.

Dygresja: podczas skanowania ciała, gdy Magda powiedziała, aby przenieść uwagę na stopy Dekiel (mój kot) posłuchał. Podszedł do mnie i… położył mi się na stopach.

zdjęcie: kot śpiący na stopach

Drugi tydzień – koncentracja i zabawa z wizualizacją.

Kolejne odkrycie: trudno mi było skupić uwagę na wyimaginowanym, nieruchomym, prostym przedmiocie. Czyżby było to powiązane z częstą u mnie gonitwą myśli? Bo już zabawa wizualizowanym przedmiotem, wyobrażanie go sobie w innych kolorach, w innym miejscu, szła mi całkiem dobrze. Czyli, fajnie, że fajnie, ale warto popracować nad byciem tu i teraz z zastaną rzeczywistością. Bez ucieczki, zagłuszania, wymyślania…

Dygresja: co było przedmiotem mojej koncentracji? Piłka do hokeja na trawie. 😀 Którą normalnie używam  do rolowania – proszę jakie różnorodne zastosowanie!

Medytacja chodzona – w trzecim tygodniu trochę pospacerowałam.

Ależ to było odkrywcze – móc w tak skoncentrowany i uważny sposób stawiać kroki, czuć ruch powietrza na stopach. Szczerze, jak zobaczyłam, że tematem zajęć jest medytacja chodzona, to stwierdziłam, że to nie dla mnie, że przekombinowane, że wolę w tradycyjnej formie. Może to kwestia wdrukowania sobie, że podczas medytacji siedzi się w siadzie skrzyżnym (z którym swoją drogą mam problem i trochę mnie to frustruje… no cóż, nazwa „nieelastyczna joginka” skądś się wzięła 😉 )? W każdym razie – myliłam się. To było bardzo pouczające doświadczenie. Pomimo, iż nie planuję bazować na tym rodzaju medytacji, to cieszę się, że je poznałam.

Dygresja: Medytację chodzoną dobrze robić na świeżym powietrzu i na pewno kiedyś spróbuję, na ten moment chodziłam po pokoju. To miało też uchronić przed zdziwionymi spojrzeniami osób obserwujących jak się poruszamy. Nie uchroniło. Wzrok mojego kota był bezcenny.

Ostatni tydzień, najdłuższa praktyka.

W związku z tym powrócił „problem” z akceptacją, że nie potrafię tak długo siedzieć w siadzie skrzyżnym (który i tak w moim wykonaniu nie wygląda „profesjonalnie”). Takie rzeczy w mojej głowie. 😉 Ale… sama praktyka skupiająca się na wysyłaniu pozytywnych myśli w swoim kierunku, w kierunku innych, była ciekawym doświadczeniem. O dziwo najłatwiej przyszła mi najbardziej abstrakcyjna część, czyli życzenia do całego świata, wszystkich istot. A może w moim przypadku to w ogóle nie jest zaskakujące? To samo zrobiłam w życiu. Najpierw uważność na potrzeby zwierząt, wrażliwość na naturę, a dopiero później troska o siebie samą. Postawiłam to na głowie, więc teraz czas „zacząć od podstaw”. Na początek skupię się na części poświęconej miłowaniu siebie samej. To będzie wyzwanie. To JEST wyzwanie, którego się podejmuję i  chcę relacjonować na tym blogu i w newsletterze. Wiem, że są tutaj cudowni ludzie, wrażliwi na potrzeby swoich podopiecznych, poszukujący dla nich równowagi i spokoju. Chcę, żebyście zadbali też, a może przede wszystkim, o siebie – może Was zainspiruję. 😉

Dygresja: dużą wartość miały dla mnie konsultacje z Magdą. Wykorzystywałam je…. Maksymalnie. Polegało to na tym, że… Mucha miała mnóstwo pytań i przemyśleń, którymi postanowiła się dzielić. Dlaczego o tym piszę? Bo było to poza moją strefą komfortu. Być osobą, która masowo zadaje pytania jest trudne, ALE… dzięki temu mogłam upewnić się w moich przemyśleniach. Poznać punkt widzenia Magdy i korzystać z Jej doświadczenia. Warto pytać, warto „rozkminiać na głos” – co niniejszym czynię.

Wdzięczność.


„(…) jak sprawić, żebyśmy przeżywali tylko to, co niesie w sobie bezpośrednie, teraźniejsze doświadczenie, bez odtwarzania „filmów” z przeszłości, bez powielania automatycznego działania. Odpowiadają, że kluczem do takiej świeżości poznawczej jest pozbycie się tych nagromadzonych, zapisanych w nas wrażeń. (…) Aby tego dokonać, ćwiczymy umysł w koncentrowaniu się. (..) Rozwinięciem procesu koncentracji  jest właśnie medytacja.”
(Maciej Wielobób, „Medytacja w życiu codziennym”)


To pierwszy kurs medytacji po którym płynnie przeszłam z zaplanowanych, prowadzonych lekcji do praktyki samodzielnej – CUDOWNE i nowe dla mnie doświadczenie. Dotychczas chcąc praktykować „odpalałam filmik” i korzystałam z czyjegoś przewodnictwa. Podczas lekcji Magdy był czas i przestrzeń do samodzielnego doświadczania, a to dało mi poczucie, że… mogę sama. Wydaje mi się, że taka metodyka wymaga więcej zaangażowania od uczniów. Do młodych adeptów szybko dociera, że „myśli się kotłują”, a stan „nic nie czuję, unoszę się nad ziemią” nie nadchodzi. Zauważanie i puszczanie przepływających myśli nie jest łatwe – nie wszystkie łatwo się puszcza. 😉 Nadal korzystam z medytacji prowadzonych, jak poczuję taką potrzeb, jednak przede wszystkim postanowiłam zaufać sobie. Po zakończeniu kursu wybrałam dwie praktyki, które najbardziej do mnie „przemawiały” i codziennie rano… siadam sama ze sobą i… jestem ogromnie wdzięczna, że po tym kursie mam na to odwagę.

Dziękuję.

rysunek od blush.design by Irene Falgueras

3 Komentarze

  • Bardzo się cieszę, że nasz Pracowniany kurs się spodobał 🙂 No i gratuluję systematyczności pracy! Dziękuję też za miłą recenzję w imieniu Magdy jako prowadzącej i swoim jako autora kursu 🙂

    • Dziękuję za komentarz. 🙂 Przy okazji wyrażę swoją wdzięczność dla całej działalności, bo czerpię wiedzę i inspiracje również z Twoich książek, ebooków i podkastów. 🙂

      • Bardzo mi miło i polecam się na przyszłość 🙂 A ja z kolei zanurzę się od dziś w lekturę Twojego bloga, bo mamy też i psa (i koty w sumie też) 🙂 Nota bene moja żona kiedyś masowała go, gdy był zabiegu (kiedyś pogryzł go agresywny malamut na wybiegu), żeby blizny rozmasować (Agnieszka zna się trochę na masażu powięziowym ludzi, z psem to był jej debiut), ale o relaksacyjnym nie pomyśleliśmy do dziś 🙂

Dodaj komentarz